„Doniosła kwestia stroju…” – Stroje mieszkańców powiatu na podstawie źródeł
Jan Pęckowski, Chrzanów. Monografia, Chrzanów 1934, s. 153-154
Ubiory mieszczan: Wszyscy mieszczanie nosili wysokie buty, a spodnie wpuszczone w cholewy. Na koszule wdziewali barchanowe, płócienne lub sukienne kaftaniki, na to zarzucali sukienne żupany, zwyczajnie koloru granatowego. Zimowe żupany były podszyte futrem. Ubożsi nosili zwykłe baranie kożuchy. Nakrycie głowy stanowił kołpak. Patrycjusze, szczególnie szlacheckiego pochodzenia, nakładali na żupany kosztowne pasy, na ramiona zarzucali delje (szuby, opończe), podszyte lisiem futrem, letnie podszyte jedwabiem (kitajem). W aktach jest najczęściej wymieniane sukno karazjowe (proste) własnego wyrobu, lub pochodzenia morawskiego. W lecie noszono białe płócienne lub sukienne żupany. Kobiety wdziewały buty lub trzewiki i wzorzyste, płócienne, sukienne, jedwabne, kitajkowe lub adamaszkowe spodnice, następnie różnego rodzaju letniki i żupaniki (żupki). Na głowach miały mieszczki ozdobne czepce lub czapeczki, tzw. mycki, zwykle aksamitne, obłożone futerkiem, lub haftowane srebrem i złotem. Na szyję zarzucały koraliki, perły i srebrne lub złote łańcuszki. Wśród sukien kobiecych musiały być niektóre dość kosztowne, skoro mogły być użyte na ornaty i inne szaty kościelne. Uboższe mieszczanki nosiły suknie tego samego kroju, tylko z gorszego materjału, na głowę zarzucały czepce, barwne chustki i szaliki.
Maria Ruszkiewicz, Woskowa świeca, Chrzanów 2009, s. 26.
Ale dawniej ten ołtarz, podobnie jak ten w prezbiterium, stał na znacznym podwyższeniu. Prowadziło do niego kilka stopni, które na niedzielę nakrywano dywanem. Na nich przysiadały kobiety, przeważnie starsze, dla których brakło miejsca w ławkach, a które nie mogły uczestniczyć w nabożeństwie stojąc. Kobiety te były pięknie ubrane: stare miały na głowach dawne czepce, młodsze – haraski11 lub jedwabne chusteczki. Ubrane były w powłóczyste, dołem rozkloszowane wełniane spódnice i odświętne kaftaniki. Najbardziej zewnętrzną część okrycia stanowiły olbrzymie szale z najszlachetniejszej wełnianej tkaniny, przepięknie kolorowe, wzorzyste, francuskie, szkockie, tureckie, kaszmirowe i jeszcze inne. Świątecznego stroju dopełniały prawdziwe czerwone korale. Im więcej nitek, im większe paciorki, tym większa była ich wartość. Po nich można było poznać zasobność rodziny, a nawet wcześniejszych pokoleń, bo korale przechodziły z matek na córki. Kobiety te miały twarze naznaczone wiekiem, ciężką pracą i przebytymi troskami. W rękach trzymały książeczki do nabożeństwa, dookoła lewej dłoni owinięty różaniec.
Maria Ruszkiewicz, Woskowa świeca, Chrzanów 2009, s. 26.
[żydzi] Nosili czarne ubrania i jako wierzchnie odzienie latem czarne, jedwabne, mocno błyszczące płaszcze, zimą zaś czarne palta z futrzanymi kołnierzami i czarne płytkie kołpaki obramowane futrem z lisów, skunksów lub soboli. W porach przejściowych ubierali czarne chiklowe kapelusze. Zawsze jednak pod zewnętrznym nakryciem głowy znajdowała się płytka okrągła czapeczka jarmułka, z którą pobożny Żyd rozstawał się jedynie na czas nocnego snu. Chasydzi w zimie nosili kamasze, w pozostałych zaś porach roku ubierali płytkie trzewiki w rodzaju wyciętych z przodu czółenek i wysokie białe skarpety. Głowy mieli okolone zarostem. Było tego bardzo dużo: najczęściej kręcone kędziory, wąsy, broda, pejsy, tak że nierzadko w twarzy świeciły tylko czarne, chytre lub wzgardliwe, rozumne oczy i sterczał garbaty semicki nos. Nieśli ze sobą woreczki z przyborami do modlitwy i wielkie księgi.
Maria Ruszkiewicz, Woskowa świeca, Chrzanów 2009, s. 72
Ciepłą porą, jeśli była pogoda, Żydówki ubierały świąteczne stroje, ustawiały krzesła przed domem lub w bramie i tak siedziały hałaśliwe, smagłe na twarzach, ciemnookie. Jakież one miały klejnoty i jakie piękne suknie. – Czy takie, jaką mama ubrała do ostatniej panieńskiej fotografii? – Takie i podobne. Stanik był dopasowany, szczupły w talii, spódnica w siedem brytów, długa do kostek, rękawy bufiaste.
Maria Ruszkiewicz, Woskowa świeca, Chrzanów 2009, s. 83
Dzieci te były na ogół źle ubrane. Nosiły chustki złożone na krzyż, założone na głowę i ramiona, skrzyżowane na piersiach i związane z tyłu na plecach, tak żeby miały wolne ręce i mogły nieść książki, zeszyty i piórnik, najczęściej bezpośrednio w rękach, bez rękawiczek i teczki. Róża również je ubierała. Jesienią dostawały duże wełniane chustki, barchanowe do stóp sukienki, włóczkowe pończochy i sznurowane do kostek trzewiki.
Maria Ruszkiewicz, Woskowa świeca, Chrzanów 2009, s. 95
Nigdy nie widziałam dziadka, bo urodziłam się po jego śmierci. Jak wyglądał? – Miał niewysoką szczupła postać i do końca energiczne ruchy. Posiadał delikatne rysy twarzy, mlecznobiałą i różową cerę, bystre niebieskie oczy, nosił niewielkie wąsy i krótką bródkę. Włosy miał jasne, z czasem siwe. Ubierał się z całą starannością. Z obawy przed niedopraniem przez domowe kobiety kupował sobie białe skarpetki. Koszule nosił do zawodowej praczki, żeby miały odpowiednio usztywnione i białe gorsy. W świąteczne dni, kiedy wychodził w płaszczu, wiązał pod szyją białą z prawdziwego jedwabiu chustkę, którą zapinał złotą szpilką w kształcie gwiazdki z koralem w środku. Do obcierania twarzy miał w kieszeni wonną chusteczkę fularową. Cenne przedmioty, dokumenty i ubrania przechowywał w kufrze, na dnie którego spoczywała staropolska sukienna granatowa czamara, zapinana na metalowe guzy i pętlice oraz metalowy pas. Oprócz tego byty tam jabłka szlachetnego gatunku, żeby wszystko, co się wyjmie z kufra, było przesycone ich delikatną wonią. Sam kufer był również elegancki: na niskich nóżkach, z wypukłym wiekiem, ciemnozielony, opasany dwiema metalowymi obręczami z kunsztownym zamkiem i po obu stronach uchwytami do przenoszenia.

Władysław Ratländer z żoną Marią z Włodzimirskich i synem Adamem, Lwów, pocz. XX w.
Dzieje rodziny Sroków. Pamiętnik Ferdynanda Stoki, oprac. T. Sroka-Bigaj, Chrzanów 2017, s. 69-70
Gdy wszedłem do sieni, mama mnie nie poznała. Byłem ubrany elegancko w koszuli pod krawatem, w nowych butach i nowej kurtce. Matka zadziwiona, gdy mnie poznała, pyta: Skąd to masz, czy to stolarz ci kupił, w terminie ci wszystko dali? Domyśliłem się, że nawet się o mnie nie dowiadywali. Przez ponad pół roku mnie nie było w domu, a ich wcale nie obchodził mój los! Gdy jej wszystko opowiedziałem, rozpłakała się. Opowiedziałem jej, jak o mało nie zginąłem w wypadku na kolei. Wiedziałem, że gdybym nawet zginął, to wcale by się bardzo nie martwili, bo już ośmioro innych dzieci mieli. Mojego rodzeństwa i sporo kłopotów z siostrą Zośką, która właśnie była w ciąży z synem Ciuby, a on nie chciał się przyznać do ojcostwa. Ojciec wcale się nie ucieszył z mojego powrotu. Miał mnie z głowy, a teraz jeszcze jedna gęba do wyżywienia! Prędko mnie do roboty w rzeźni wygonił. Już go o ubranie nie musiałem prosić, na wszystko sobie sam zarobiłem! Prosiłem jednak o to, by mnie zapisał do cechu. Chcę mieć zawód, mogę być rzeźnikiem.
Dzieje rodziny Sroków. Pamiętnik Ferdynanda Stoki, oprac. T. Sroka-Bigaj, Chrzanów 2017, s. 75
Ojciec kupił mi materiał na ubranie i dał do krawca Kruka do szycia. Był to bardzo dobry krawiec, szył nawet dla księdza. To był mój pierwszy w życiu szyty na miarę garnitur. Byłem bardzo zadowolony. (…) Ponieważ miałem się w co ubrać, matka dokupiła mi tylko krawat i koszulę, rodzice zabrali mnie na wesele wujka, do Rozkochowa. Matka dała mi jeszcze pięć złotych na czekoladę dla drużki. Miałem ładną dziewczynę za drużkę i dostałem od niej ozdobny bukiecik do marynarki.
Dzieje rodziny Sroków. Pamiętnik Ferdynanda Stoki, oprac. T. Sroka-Bigaj, Chrzanów 2017, s. 82
Ciotka Karolka umiała szyć i czasami przychodzili sąsiedzi, którym szyła różne ubrania. Z resztek materiałów szyła mi czasem jakąś sukienkę. Było to dla mnie wielkie święto, gdy w niej szłam w niedzielę z mamą do kościoła.
Dzieje rodziny Sroków. Pamiętnik Ferdynanda Stoki, oprac. T. Sroka-Bigaj, Chrzanów 2017, s. 85
Ponieważ nie było w czym ochrzcić dziecka, mama wygnała ojca do Trzebini na szaber, może uda mu się znaleźć chociaż jakieś ubranko do chrztu. Ojciec wrócił z jakimś starym garnkiem i starym szynelem wojskowym. Gdy rodzina trochę wydobrzała, mama z ciotką uszyły z papieru i resztek koronek z jakichś sukienek, ubranko. W tym ubranku ją ochrzczono. Co jakiś czas, przynoszono ciotce jakieś brudne płaszcze niewiadomego pochodzenia, do przeszycia. (…) Gdy miałam dziewięć, może dziesięć lat, przed przystąpieniem do świętej komunii, w domu pojawił się problem, w co mnie ubrać. Mama poświęciła jedyną, swoją, świąteczną sukienkę. Ciotka Karola uszyła mi nową suknię ze starego materiału.
Dzieje rodziny Sroków. Pamiętnik Ferdynanda Stoki, oprac. T. Sroka-Bigaj, Chrzanów 2017, s. 86
Wystrój naszej izby był bardzo skromny. Pod ścianą stała drewniana ława i skrzynia z ubraniami. Znajdowały się tam też dwa drewniane łóżka bez nóżek, podparte klockami. Przy murowanym z cegły piecu stała półeczka z garnkami i kubkami oraz resztą naczyń. Podłogę zrobiono z drewnianych desek. Z izby okno wychodziło na mieszczący się przed domem ogródek z kwiatami, które mama bardzo lubiła. Izdebka Karoli miała małe okieneczko. Za domem rósł sad z drzewami owocowymi i zagon ziemi, gdzie mama sadziła warzywa. Tam bawiłyśmy się z koleżankami w dom lub w szkołę. Chodziłam do szkoły w Luszowicach, tylko w okresie zimowym, gdy nie musiałam pasać kóz. Chodziłam tylko przez dwa lata, potem już obowiązki w domu nie pozwalały. (…) Był rok 1921, urodziła się nam siostra. Była nas już trójka: ja, brat i siostra Józia. Stan materialny rodziny uległ dalszemu pogorszeniu. Od tej chwili było już tak trudno, że przed świętami mama sprzedała świąteczne ubranie ojca. Za uzyskane pieniądze kupiła mu znacznie gorsze ubranie i jedzenie na święta.
Dzieje rodziny Sroków. Pamiętnik Ferdynanda Stoki, oprac. T. Sroka-Bigaj, Chrzanów 2017, s. 92-93
Za moją pracę otrzymywałam 30 złotych tygodniowo, kąt do spania i wyżywienie. Za pierwszą wypłatę kupiłam sobie płaszczyk i płaskie buciki. Były to moje pierwsze ładne buty, które miałam na nogach. Do tej pory latem chodziłam na bosaka, a na zimę miałam wysokie, sznurowane buty. Gdy już miałam w co się ubrać, to w niedzielne popołudnie, kiedy miałam wolne, chodziłam do kościoła, a w zasadzie to do kilku kościołów. Bardzo lubiłam tam spędzać czas. Teraz już nie wstydziłam się tak bardzo swojego wyglądu.
Dzieje rodziny Sroków. Pamiętnik Ferdynanda Stoki, oprac. T. Sroka-Bigaj, Chrzanów 2017, s. 98
Mijały dni, mama wracała do zdrowia, a braciszek stawał się coraz silniejszy. Gdy minął miesiąc, postanowiłam zorganizować mu chrzciny. Kupiłam ubranko do chrztu i wszystkie inne potrzebne akcesoria. Wraz z ojcem załatwiliśmy formalności w kościele. Sąsiadkę zaprosiłam na chrzestną, a ojciec przyprowadził swojego kuzyna. Odbył się chrzest i obiad dla chrzestnych. Wszystko to sfinansowałam ze swoich pieniędzy. Mama była coraz silniejsza, już krzątała się po kuchni, a moje oszczędności topniały z dnia na dzień. Postanowiłam znaleźć sobie nową pracę, ale już blisko domu, żeby w każdej chwili pomóc mamie. Kupiłam jeszcze ubranko dla braciszka, zostawiłam mamie trochę grosza i poszłam do pracy w Chrzanowie.
Dzieje rodziny Sroków. Pamiętnik Ferdynanda Stoki, oprac. T. Sroka-Bigaj, Chrzanów 2017, s. 109
Szybko się uwinąłem i pod sam wieczór zmarznięty, pełen obaw, wróciłem do domu. Szybko świnie rozładowałem, konia do stajni odstawiłem i do pokoju ojca się udaję. Patrzę, a tam stół nakryty, a przy nim siedzi Marynia, cała w pąsach. Ja ledwie żywy, zziębnięty, siadam za stołem. Matka daje mi gorącą herbatę, ciepły posiłek i siadam przy ciepłym piecu. Tak odtajałem i zmęczony zacząłem drzemać, nic nie słyszałem, o czym oni mówili. Matka widząc moje zmęczenie, pościeliła mi w drugim pokoju łóżko i poszedłem spać. Marynia spała w pokoju rodziców. Tak więc już więcej o ślubie nie rozmawialiśmy. Rano ojciec mnie obudził wcześnie, kazał mi się ładnie ubrać. – Na zapowiedzi, do kościoła pójdziecie. Muszę jeszcze przywołać świadków – mówi do mnie i wychodzi z pokoju.
Dzieje rodziny Sroków. Pamiętnik Ferdynanda Stoki, oprac. T. Sroka-Bigaj, Chrzanów 2017, s. 111-112
Ostatnie dni kawalerskiej wolności szybko mijały. Po drugiej zapowiedzi ojciec mnie woła i mówi: – Wesele niedługo, trzeba ci kupić ubranie i nowe buty. Pojedziesz z matką i kupicie materiał na ubranie, a Staszek Berny zrobi ci buty. Tak też się stało. Ojciec musiał się wykosztować. On bardzo był oszczędny i skrupulatnie wydawał pieniądze. Liczył się z każdym groszem. Gdy jechaliśmy z towarem do Chrzanowa, dał mi 20 złotych i powiada: – Kup obrączki i jakiś prezent dla narzeczonej. Kupiłem obrączki i buciki dla Maryni i znowu byłem bez grosza.

Maria z Piechowskich i Jan Siwińscy, miejsce nieznane, pocz. XX w., ze zbiorów prywatnych, kopia w archiwum Muzeum w Chrzanowie
Janina Kopczyk, Z pamiętnika Antoniny, Chrzanów 2022, s. 28-29
Matka Antosia bardzo mnie polubiła, wciąż mówiła: „czekałaś tak długo, wierzyłaś, że wróci”! Jeszcze przed ślubem kupiła mi piękny strój krakowski. Bordowy gorset, białą bluzkę, spódnicę też białą, w śliczne różyczki i oddała mi swoje prawdziwe korale. Antek w czarnym garniturze i białej koszuli, do której ja kupiłam mu spinki. Gdy się pobraliśmy Antek bardzo chciał, żebyśmy mieli portret ślubny. Trzeba było jechać do Krakowa. Pojechaliśmy pociągiem z naszą pierwszą druhną i drużbą. U fotografa zrobiliśmy kilka zdjęć. Do portretu pozowałam oczywiście w krakowskim stroju, bo w nim właśnie brałam ślub. Ale Antoś bardzo ciał żebyśmy mieli też zdjęcie w białej sukni i w welonie. Moja kuzynka wyszła za mąż wcześniej ode mnie i miała taki biały strój, więc Antoś namówił mnie, żeby pożyczyć go od niej. Fotograf był bardzo zadowolony, że zrobiliśmy tyle zdjęć i dał nam też kilka odbitek z drużbami. Podarowaliśmy na pamiątkę rodzicom Antka, siostrze i braciom oraz drużbom, którzy nam towarzyszyli.
Kilka ślubów zostało zawartych w tym moim stroju, bo chętnie do pożyczałam. Tak się to wszystkim spodobało, ze postanowili mnie naśladować. Trwało to nawet kilka lat, aż przyszła moda na zupełnie białe sukienki.
Ubierałam ten strój na Święta Bożego Ciała, gdy odbywały się procesje i inne uroczystości kościelne. Przestałam go nosić dopiero, gdy zmarł mąż. Nie chciałam już sobie przypominać, gdy byłam w nim taka szczęśliwa…
Janina Kopczyk, Z pamiętnika Antoniny, Chrzanów 2022, s. 51-52
Matusia wysoka i szczupła, na co dzień była skromnie ubrana, ale w święto miała strój odświętny, który nosiła tylko do kościoła i na uroczystości rodzinne. Jaj strój składał się z szerokiej i długiej spódnicy, kaftana i trzech sznurów prawdziwych korali. Na spódnicę zakładała haftowaną zapaskę, a na głowę biała, tybetowa chustę. Nosiła też szewrałki – buty na obcasach z wysokimi, sznurowanymi cholewkami.
Jak szła, to ta jej spódnica aż szeleściła! Uwielbiałam na nią patrzeć, tak pięknie wtedy wyglądała. Te jej spódnice musiały być zawsze wyprasowane.

Franciszek Strycharczyk z żoną Ewą, Kraków, pocz. XX w., ze zbiorów prywatnych, kopia w archiwum Muzeum w Chrzanowie
Stanisław Urbańczyk, Z miłości do wiedzy, Kraków 1999, s. 18
Kiedy ja się urodziłem (1909) , ojciec miał 37 lat, czyli w tych czasach, do których sięga moja pamięć, miał jakieś 43 lata, a więc był w sile wieku. Był wzrostu średniego, miał szczupłą budowę, czarne włosy, oczy niebieskie, szczupłą twarz o bardzo szlachetnych rysach.
Czesał się na bok, ale na jednej bardzo starej fotografii miał rozdziałek na środku głowy, włosy krótko ostrzyżone. Jak prawie wszyscy mężczyźni wtedy, nosił wąsy, ale nie sumiaste. Lubił się dobrze ubrać: na święto miał ubranie czarne, białą koszulę ze stojącym sztywnym kołnierzykiem przypinanym; używał też sztywnych mankietów zgodnie z ówczesną miejską modą. Nosił krawatkę. W kieszonce kamizelki miał zegarek z łańcuszkiem i bodaj dewizką z drobnych kolorowych paciorków. Dewizką, która zwykle leżała na komodzie, lubiłem się bezmyślnie bawić. Podobno był to wyrób i prezent najstarszego syna, Franka. W chłodniejsze dni nosił palto czarne z aksamitnym kołnierzem. Jednym słowem, przystojny wygląd łączył z eleganckim ubraniem. Bardzo się więc swoim strojem różnił się od sąsiadów.
Stanisław Urbańczyk, Z miłości do wiedzy, Kraków 1999, s. 18-19
Strój chłopski dawno w Kwaczale zaginął. Żaden chłop, nawet najbiedniejszy, nie nosił tradycyjnego stroju chłopskiego. Ojciec jednak znał nazwy jego części, więc w swojej młodości musiał widywać mężczyzn ubranych staroświecko. Za moich czasów tylko jeden chłop, nasz powinowaty – Kowalski z Dębcowizny – nosił jakąś osobliwą kapotę, może to była „górnica”, którą wspominał ojciec, koloru granatowego. Koszulę pod szyją zawiązywał czerwonym sznureczkiem, podczas gdy inni zapinali ją na biały guzik. On też nosił długie włosy ostrzyżone na okrągło. Takie też włosy nosił dziadek Głownia.
Krawatek nie noszono, jak Wincenty Witos, wyśmiewany za to przez swoich przeciwników politycznych.
Stanisław Urbańczyk, Z miłości do wiedzy, Kraków 1999, s. 19-20
Ubrania miejskiego kroju kupowano przeważnie w żydowskich sklepikach w Chrzanowie. Ubrania te były oczywiście liche, pewnie też źle leżały, ale tego wtedy nie dostrzegałem. O sprycie chrzanowskich kupców dużo opowiadano wesołego.
Chrzanów miał o wiele więcej żydów niż katolików., ogólny wygląd był typowy dla żydowskich miasteczek. Pełno było brodatych i pejsatych Żydów, Żydówek z perukami na głowach. Kiedy się dziecko napraszało, żeby je rodzice zabrali ze sobą na jarmark do Chrzanowa, wtedy rodzice straszyli, że w ciasnym przejeździe pod torem kolejowym w Chrzanowie siedzi strasznie gruba Żydówka, którą każde dziecko jadą pierwszy raz do Chrzanowa musi pocałować w gołą d… Ale co najmniej raz zaryzykowałem wyjazd do Chrzanowa, gdy ojciec gdzieś się oddalał, byłem mu potrzebny do pilnowania wozu. Żydówek widziałem dużo, ale nie pod mostem. Od święta chłopi nosili buty z cholewami, rzadziej trzewiki. Odwrotnie kobiety – już dość rzadko nosiły powszechne przedtem buty. Na co dzień chodzono boso. Trzewiki były zawsze „wysokie” z cholewkami. Zdarzały się trzewiki zapinane na guziki. Do zapinania guziczków używało się specjalnego haczyka.
Głowę nakrywano kapeluszami, które noszono aż do zniszczenia. W zimie noszono baranie czapki. W ostatnich latach kwaczalskich miałem okrągły kapelusz czarny, a zimą czapkę ze sztucznego baranka.
Kobiety zachowały pewne elementy tradycyjnego stroju. Nosiły krótkie białe koszule. Na dzień wdziewały rodzaj halki, która u dołu była obszyta krochmaloną listwą. Na to dopiero wdziewały spódnicę, czasem dwie, zawsze w kwiaty. Dochodził do tego „stanik” – coś jak płócienna obcisła kamizelka, a na wierzch jakaś bluzka, „bodzionka”, na święto – gorset. Gorset był zwykle jednobarwny – zielony, granatowy, czarny itd. – na nim skromny haft i naszywane cętki.
Zapinano go na haftki lub zawiązywano na tasiemki. Na głowie nosiły chusteczkę, którą wiązano pod brodą; starsze kobiety wiązały ją też na karku, „na babkę”, co było pewnie staroświeckim sposobem. W ciepłej porze roku dziewczęta chodziły z gołą głową, chyba że był upał i chciały głowę chronić przed słońcem; mody na opaloną twarz jeszcze nie było.
Kobiety bez względu na wiek nosiły długie włosy, zaplatane we dwa warkocze, które zwijały w tyle głowy w rodzaj plastra. Przed czesaniem natłuszczały włosy masłem. Warkocz splatano bardzo ciasno, włosy więc ściśle przylegały do czaszki. Dorosłe dziewczęta robiły sobie nad czołem grzywki, ale nie w dzisiejszym rozumieniu, lecz jakby mały zawijas włosów dzięki odpowiedniemu uczesaniu.
Wychodząc do kościoła odziewały się z reguły chustką, która latem była cienka, jasna i w kwiaty, zimą – gruba, ciemna i w kratę.
Dostawcami chustek były oczywiście sklepy i jarmarczne kramy. W chłodne dni kobiety odziewały się mniejszymi chustkami grubymi wiązanymi „na krzyż” z węzłem na plecach. Mężczyźni nosili w zimie płaszcze, jeśli je mieli, a kożuchy mieli nieliczni bogacze.
Na szyi kobiety wiązały czerwone korale. Wielkość korali („grube” i „cienkie” korale) i ilość nitek była wskaźnikiem zamożności. Bardzo się na tym punkcie ambicjonowały, a w umowach ślubnych rodzice zobowiązywali się do kupienia córce korali. Na najniższej nitce noszono dawniej „jagnuski”, tj. metalowe medalioniki z wyobrażeniem baranka, za moich czasów – zwykły medalik albo srebrna moneta. U górali w Kościelisku widziałem talar z Marią Teresą, także srebrnego dolara.
Ogółem biorąc, był to zwyczajny strój krakowski. Tak się nosiła i moja matka, a potem siostry.
Umiejętność szycia była mało rozwinięta. Szyto prawie wyłącznie ręcznie. Nie pamiętam, kiedy rodzice kupili dla najstarszej córki maszynę do szycie Singera – chyba pod koniec wojny. Siostra miała oczywiście sporo szycia dla nas wszystkich, szyła dla chłopców koszule, gacie, dla sióstr i matki wszystko. Obcym nie szyła za pieniądze, bo któż je na wsi miał, lecz na odrobek. Chociaż było nas w domu parę osób, to jednak do robót rolnych – do żęcia sierpem, do młocki, do pielenia, do kopania ziemniaków zawsze była potrzebna pomoc z zewnątrz.
Stanisław Urbańczyk, Z miłości do wiedzy, Kraków 1999, s. 59
Podziwiałem go [stryja] w całości za to, jakim był: sposób chodzenia, mówienia, tombakowy łańcuszek u zegarka, nawet spodnie sztruksowe wpuszczone w buty z cholewami; marzyłem o tym, aby mieć takie spodnie! Doczekałem się tego kilkanaście lat temu.
Stanisław Urbańczyk, Z miłości do wiedzy, Kraków 1999, s. 89
W niedzielę zmieniało się bieliznę i kto miał, wdziewał lepsze ubranie „świętalne”. Kto go nie miał, siedział w domu i nie szedł do kościoła, aby nie być przedmiotem prześmiewku.
Stanisław Urbańczyk, Z miłości do wiedzy, Kraków 1999, s. 116
Tata Antoniewicza nosił wojskowe spodnie z owijaczami na łydkach. Wielu mężczyzn tak znaszało odzież wojskową, bo bieda była powszechna.
Stanisław Urbańczyk, Z miłości do wiedzy, Kraków 1999, s. 145
Miałem też kłopoty z obuwiem i odzieżą. Miałem jedną parę trzewików, a ponieważ chodziłem i biegałem dużo, więc co miesiąc musiały iść do szewca. Zostawałem wtedy w domu. Na szczęście szewców chętnych było dość. Ubranie miałem też tylko jedno, długo noszone, wyświecone po dłuższym użyciu, cerowane i łatane. Powstawaniu cer sprzyjała gra w koszykówkę, po upadku na kolano – boisko było twarde – materiał nieraz pękał. Na szczęście cerowałem prawie artystycznie. Zimą nosiłem kurtkę, ale jedną zimę, i to dość ostrą, przechodziłem w płóciennym płaszczu podgumowanym, ale pod bluzką nosiłem sweter.
Stanisław Urbańczyk, Z miłości do wiedzy, Kraków 1999, s. 146
Przyszła więc klasa V, pierwsza klasa wyższego gimnazjum. Na czapce pojawiło się czerwoną nitką wyszyte V. Nie powiedziałem jeszcze, że w niższym gimnazjum każda klasa dostawała na czapce nowy pasek wyszyty barwną nitką. Barwa zależała od szkoły. Nasze gimnazjum miało otok z cynobrowego sukna i tegoż koloru naszyte na czapce paski lub V. Gimnazjum św. Jacka miało kolor buraczkowy, Gimnazjum Sobieskiego kolor amarantowy. Łatwo więc było poznać szkolną przynależność gimnazjalisty. Mundurki nie były obowiązkowe, ale większość je nosiła. Mundur uwalniał od kaprysów mody. Jedne nawiązywały do tradycji przedwojennej, składały się z granatowej bluzy i czarnych spodni, inne były całe ciemnopopielatego koloru. Nikt się nie bronił przed noszeniem munduru, przeciwnie, szanowano go jako odznakę awansu społecznego. Były znakiem studiów, których ukończenie dawało wstęp do „towarzystwa”, do warstwy inteligenckiej, gwarantowało ulgi w służbie wojskowej itd.

ózef Ferdynand Mazaraki i Maria Balbina z d. Chwastowska z synem Mieczysławem Aleksandrem, Atelier B. Henner, Kraków, 1917 r., ze zbiorów prywatnych, kopia w archiwum Muzeum w Chrzanowie
Stanisław Polaczek, Powiat chrzanowski w W. ks. Krakowskiem, Kraków 1914, s. 85-86
Mężczyźni i kobiety posiadają ubiór kościelny czyli świąteczny i codzienny. Ubiór codzienny mężczyzny skłąda się z spodni ciemnej barwy, sukmany białej ze stojącym kołnierzem, wyszywanej włóczką czerwoną (które to sukmany robią i rozwożą krawcy z Chrzanowa) i nizkiego filcowego kapelusza. Zamiast sukmany używają górnicy z białego płótna, również z kołnierzem stojącym i czerwoną oblamówką. W zimie noszą kożuch długi i czapkę barania, spodem białą, wierzchem czarną. W Byczynie i okolicy noszą spodnie skórzane, zwane skórzakami; w Żarkach i okolicy noszą zamiast kożucha płaszcz długi, zwany kapuzdrakiem. Parobcy noszą kapotki krótkie (zwyczajnie fioletowej barwy) i kamizelki.
Ubiór codzienny kobiety zamężnej składa się z spódnicy kolorowej (w Niedzieliskach zwanej kiecą), zapaski tiulowej lub perkalowej, tj. fartucha szerokiego barwy pstrej; na glowie ma zwykle chustkę czerwoną lub pstrą, lekko zawiązaną, na szyi zawiesza korale z jagnuskiem lub mentolem (Babice i okolica). Na piersiach nosi w lecie tylko koszulę białą. W zimie wdziewa wieśniaczka kilka spódnic, gorset sukienny i krótki kaftan zwany jadwiśką (Rudawa, Brzezinka, Radwanowice, Nielepice, Pisary, Siedlec, Nawojowa Góra, Dubie, Młynka), albo przyjaciółką (w okolicy Byczyny).
Ubiór kościelny mało różni się u kobiet od codziennego. Spodnice mocno wykrochmalone, gorset z lepszej materii, kolorowy, cętkami złotemi i nitką złotą wyszywany, na szyi prawdziwe korale, na głowie chustka biała, zawiązana po krakowsku. Częścią główną ubioru świątecznego są w zimie i w lecie buty z cholewami. W lecie prócz tego odziewają się w chustkę wełnianą dużą, w zimie noszą długie kożuszki, zwane sukienkami, albo sukienne, długie aż po pięty kaftany, zwane żupanami. Zamiast chustek wełnianych odziewają się w lecie rańtychami.
Dzieci do lat 6 zupełnie prawie nie ubierają, chodzą one jedynie w koszulkach; dopiero począwszy od siódmego roku życia chłopiec zaczyna nosić spodenki, a dziewczynka zapaskę.
To, co się dotąd o ubiorze powiedziało, dotyczy tylko naturalnie mieszkańców wiosek, z których wyjątek tworzy wieś Chełmek, której mieszkańcy zupełnie po miejsku się ubierają. Z żalem atoli przychodzi stwierdzić, że we wszystkich prawie wioskach naszego powiatu piękny narodowy strój ginie; cywilizacja zgubna ostatnich czasów wcisnęła się już pod strzechy naszych polskich chat i zaczyna rugować z nich to, co swojskie, zamieniając piękne krakowskie sukmany na tandetne surduty.
wybór: dr Luiza Trybuś
[zdjęcie wyróżniające: Ignacy Rudol z żoną Franciszką z d. Rusek i dziećmi: Heleną (na kolanach), Honoratą i Adolfem, miejsce nieznane, ok. 1909 r.]